SSingapur - planujcie minimum 4 noce.

Będąc młodym weterynarzem dostałem zlecenie kastracji trzech prosiaków. W Polsce tak tradycja jak i przepisy każą spożywać mięso świń pozbawionych tych dwóch jajowatych atrybutów męskości. Właściwie zabieg ten powinien być wykonywany w wieku prosięcym, gdy zwierzę jest małe i operacja jest szybka i prosta.

Minimalna jest też ilość powikłań i komplikacji. Często wykonują ją przygodni specjaliści – utalentowani chłopi, albo byli pracownicy lecznic weterynaryjnych jak sanitariusze, kierowcy itp. Zorganizowali sobie jakoś specjalistyczne kleszcze, którymi po otwarciu worka mosznowego, ucina się nasieniowód, zaciskając jednocześnie naczynia krwionośne i tamując krwawienie.

Ludzie ci będąc oczywiście konkurencyjni cenowo, są chętnie przedkładani nad profesjonalne usługi lekarzy wet. Zwykle dwa razy do roku robią oni obchód swoich znajomych wsi i zamieniają wszystkie małe knurki w wieprzki.

Ale czasem się nie pojawiają, bo na przykład są chorzy albo pracują na budowie, albo zdarzyło się wesele córki. Wtedy rolnicy czekają, a świnia rośnie. Należałoby zadzwonić do lecznicy, ale nigdy nie ma czasu albo są ważniejsze sprawy.

{rating}

Wreszcie knur osiąga rozmiar, który przekracza możliwości lokalnych specjalistów. Poza tym ich zabiegi są nieubezpieczone, więc w razie czego strata może być poważna. Wtedy wkraczaliśmy my: weterynarze.

Powracając do tamtej kastracji, w książce zleceń wpisane było nazwisko, adres i pod rubryką gatunek zwierzęcia widniało „trzy prosiaki”.

Gdy już spakowany, zmierzałem do samochodu, zaczepił mnie kierownik – Rysio który dyżurował tego dnia na miejscu.

- Jesteś przygotowany? Bo czuję, że mogą być trochę większe – rzucił.

Po 20 minutach jazdy po polnych drogach dotarłem do chałupki na wzgórzu pod lasem. Od razu opadły mnie psy. A właściwie samochód. Przezornie nie wysiadłem. Wielkie wsiowe kundle gryzły z wściekłością opony i rzucały się na moje drzwi. Widziałem zęby, pazury i agresję. Wreszcie zostały zagonione do bud i otworzyłem drzwi ze śladami brudnych łap na szybie.

- Jak dobrze że Pan jest. Tak szybko! – przywitała mnie babcia.

- No niech Pani pokaże te prosiaki.

- Tu są, tu i otworzyła drzwi chlewika i stanęła dumna z przychówku z boku.

Zajrzałem. W środku stały w gnoju trzy stukilowe knury. Może miały nawet trochę więcej jak 100 kilo.

- To są prosiaki? – jęknąłem.

- No odpasłam je dobrze – odparła z radością.

- Może Pani zawołać ze trzech sąsiadów do pomocy?

- Nie synku, nikt nie przyjdzie. Skłócona z całą wsią jestem – stwierdziła płaczliwym głosem.

- Jak Pani sobie wyobraża? Że sam unieruchomię taką świnię i zrobię zastrzyk z narkozą? Nikt nie lubi jak mu się wyrzyna jaja!

Mogłem odmówić zabiegu i wrócić do lecznicy, ale byłoby to źle odebrane przez Rysia. Postanowiłem zawalczyć o swoją opinię i spróbować. Poprosiłem babcię, aby weszła ze mną i uspokajała zwierzęta. Głaskała je po ryjach i gaworzyła, a ja w tym czasie skradałem się ze strzykawką. Pierwsza dała się nabrać i stała spokojnie gdy robiłem zastrzyk dożylny w ucho. Padła na bok i mogłem spokojnie umyć jej przyrodzenie i wyciąć jądra imponującej wielkości.

Druga, gdy wbiłem igłę wrzasnęła i uciekła, a krew leciała z igły tkwiącej w żyle. Biegłem obok niej grzęznąc w gnoju i usiłując podłączyć strzykawkę do igły. Zrobiliśmy trzy okrążenia i w końcu się udało. Trzecia była twardym zawodnikiem. Jakoś wyczuła że nasze plany jej zagrażają i walczyła. Gnała z kwikiem a ja za nią, w bryzgach gówna które leciały spod racic. Przebiegła po babci która padła na wznak na środku kojca i gramoliła się niezgrabnie z miękkiej mazi. Biegliśmy dookoła wymijając dwie śpiące towarzyszki. Przez chwilę leciałem na czworakach, potem jechałem na brzuchu uczepiony ogona. Wreszcie tłusta świnia, nienawykła do ruchu zmęczyła się. Stanęła dysząc w kącie. Podpełzłem do niej i zrobiłem iniekcję drżącymi umorusanymi rękoma. Padła.

Usiadłem na zadzie śpiącego knura i dyszałem parę minut. Cały byłem upaprany. Nawóz miałem nawet we włosach i uszach.

- Babciu dajcie szybko cieplej wody.

- Nie mam kochany, mogę napalić pod kuchnią, ale to będzie z pół godziny.

Wreszcie umyłem ręce w lodowatej wodzie ze studni. Wykonałem kastrację dłońmi czerwonymi jak buraki. Skończone. Wypisałem kwit a kobiecina dokładnie odliczyła należność. Położyłem gazetę na siedzeniu i pojechałem. Po drodze, w domu doprowadziłem się do porządku. W lecznicy Rysio zapytał:

- No i jak? Zrobiłeś?

- Tak, tak, rzuciłem przez ramię i pojechałem na kolejne zlecenie. Stary cwaniak wiedział gdzie mnie wysyła.

Ta historia prowadzi mnie w sposób oczywisty do Singapuru gdzie zaczęło się łatwo a potem była jazda. W końcu lat 80-tych pojechałem pierwszy raz do Tajlandii. Była to wycieczka pilotowana zresztą przez Dyrektora Biura Podróży, który po zmianach ustrojowych został dyrektorem KGHM czy czegoś takiego. Ważną szyszką. W tamtych czasach wycieczka musiała się zwrócić. Właściwie zarobek był głównym celem podróży.

Zrobiliśmy zebranie i grupa uradziła, że trzeba wysłać ekipę do Singapuru po sprzęt komputerowy. W tamtych czasach, ten towar dawał świetne przebicie. Wybrano dwóch, jeden chłopak był już wcześniej w Singapurze, a ja drugi, bo znam angielski. Zgodziłem się, jak ten frajer, bo myślałem że zobaczę kultowe miejsce i przeżyję fajną przygodę. Grupa zrobiła listę zamówionych towarów. Były to głownie karty do PC, kilka drukarek, kamery video, twarde dyski itp. Zebrali 20 tysięcy dolarów, które niosłem w worku na szyi. W tamtych czasach była to absolutna fortuna. Kupiono nam bilety w klasie biznes, bo innych nie było. Polecieliśmy. Lotnisko w Singapurze już wtedy było odjazdowe. Wszędzie puszyste dywany. Fontanny. Elegancja – Francja. Ponieważ była już druga w nocy, wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do hoteliku który znał mój partner, gdzie noc kosztowała 5 dolarów od łebka.

Blok mieszkalny. Wjechaliśmy na ósme piętro. Nieoznakowane drzwi, Dzwonimy. Otwiera Chińczyk, inkasuje kasę i prowadzi nas w ciemnościach do naszych łóżek. Cicho, aby nikogo nie obudzić – tłumaczy. Umyłem się, przebrałem i do łóżeczka.

Leżę, oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Nagle przechodzi obok mojego posłania długowłosy, wytatuowany koleś, potem kolejny i kolejny. Orientuję się, że śpi tu cala banda podejrzanych typów a ja mam przy sobie fortunę. Dorobek życia tylu osób. Niektórzy się zapożyczyli. Przeleżałem całą noc na brzuchu, mając pod sobą pieniądze i prawie nie śpiąc. Od rana robiliśmy zakupy w Sim Lim Tower. Cały dzień targowania się. Zwykle gdy mówiliśmy że jesteśmy z Polski, wypraszano wszystkich ze sklepu. Zamykano drzwi. Byliśmy ważnymi klientami.

Skończyliśmy w sklepie Hindusa który miał najlepsze ceny. Większość towaru wzięliśmy ze sobą, ale gabaryty nadaliśmy frachtem. To znaczy zleciliśmy nadanie, Hindus zainkasował pieniądze, wystawił pokwitowania po czym zaprosił nas na kolację. Odbyła się w chińskiej knajpie nad morzem, z tarasem. Oprócz nas siedziało przy okrągłym stole małżeństwo z Australii i trzech pracowników sklepu. Uczta trwała ze trzy godziny i składała się z dwunastu dań podawanych kolejno. Na koniec, zajęty rozmową z Australijczykiem spojrzałem dookoła i zobaczyłem że wszyscy Hindusi śpią. Siedzieli z uśmiechami na twarzy, syci i szczęśliwi. Chrapali. Następnego dnia rano wróciliśmy do Bangkoku.

W międzyczasie grupa sprzedała moje kryształy i inny towar, więc byłem super zadowolony. Wszyscy byli. Aż do powrotu do Polski, gdy okazało się, że nasz towar nie przyleciał. Dzwoniłem nocą do Singapuru, ale Hindus mnie zbywał, albo w ogóle go nie było. Sytuacja robiła się nieprzyjemna. Przychodzili do mnie ludzie do których wysłane miały być paczki i mówili:

- Panie Pawle, no rozumiem że Hindus itp. ale wziął Pan nasze pieniądze!

W dzień wysyłałem telexy a nocami czekałem godzinami na połączenie z Singapurem.

Jedna z uczestniczek pojechała do Singapuru, odwiedziła sklep i otrzymała swoje rzeczy,

Dzwoniłem do polskiej ambasady, do radcy handlowego, który stwierdził że potrzeba prawnika, a to koszt co najmniej kilku tysięcy dolarów. Dał mi też namiary na Federację Konsumentów Singapuru. Napisałem do nich błagalny list z prośbą o pomoc. W odpowiedzi przysłali gazetę, gdzie zamieścili moją reklamację na nieuczciwy sklep. I stał się cud. Hindus przysłał wszystkim czeki wartości tych zamówień. Tylko mnie nie przysłał, ale to już był drobiazg. Wszyscy odetchnęli.

Prawdopodobnie ktoś tam tupnął nogą, a z władzami w Singapurze nie ma żartów. Obecnie Singapur jest supermiastem.

To niewiarygodne jak piękne może być połączenie nowoczesnej architektury z tropikalną przyrodą. Click to Tweet

Również dostatek, który tam panuje jest imponujący. Atrakcje sypią się jak z rogu obfitości.

Wspaniałe ogrody, w tym Gardens by the Bay, National Orchid Garden, ogród botaniczny i ZOO. Proponuje poświęcić cały dzień na wyspę Sentoza. Oczywiście nowootwarte Uniwersal Studios – dla miłośników kina i wesołych miasteczek.

4-kilometrowy spacer wokół Marina Bay – futurystyczne widoki.

Raffles hotel i przede wszystkim Raffles bar – pozostałość po epoce kolonialnej. Na ziemię od stu lat goście rzucają łupiny od orzechów, co stało się tradycją. Koniecznie trzeba wypić tam piwo.

Singapore National Galery oferuje dobrą galerię starego malarstwa.

Szereg innych ciekawych muzeów.

Dzielnice – Małe Indie i Małe Chiny.

I wreszcie moim zdaniem największa atrakcja miasta. Clark Bay / Singapore River. Rewelacyjne skupisko barow, restauracji, sklepow i innych atrakcji ożywa nocą. Bylem tam w barze, gdzie banda brodaczy grała i śpiewałą stare rockowe covery – no rewela!

Można tam dobrze zjeść i bawić się do rana. Ale przestrzegam przed starym portem w dole rzeki. Jest tam mnóstwo knajpek z seafoodem, gdzie cwani Chińczycy oskubią was z pieniędzy. Nie warto, lepiej zjecie w nowoczesnym Clark Bay. Singapur – planujcie minimum 4 noce.

   

109 punktów(-y) (72%)

Lp Kategoria Ocena
1 Bezpieczeństwo 10
2 Drogo czy tanio 3
3 Stosunek ceny do wartości 6
4 Egzotyka, inność 5
5 Fajne, interesujące społeczeństwa | stosunek do turystów | ciekawe plemiona 6
6 Zabytki, muzea 6
7 Krajobrazy, architektura 10
8 Hotele 9
9 Jedzenie 9
10 Aktywny wypoczynek, plażowanie itp. 6
11 Przyroda, parki, zoo, zwierzęta 6
12 Klimat 8
13 Drogi, komunikacja, transport, swoboda podróżowania 10
14 Wizy, łatwość przekraczania granicy 8
15 Atrakcje, teatry, shows, ciekawostki, muzyka, kluby 7
  Razem punktów: 109
Informacja o systemie punktów

Witamy na jechcniejechac.pl. Strona powstała po to, aby umożliwić Państwu szybkie zapoznanie się z plusami i minusami miejsca w które się wybieracie.

Aby było jaśniej przygotowaliśmy dwa systemy ocen. Jeden obiektywny, oparty na systemie punktów za ważne dla większości podróżujących elementy składające się na ogląd kraju, takie jak bezpieczeństwo, ceny, klimat czy architektura.

Oraz drugi, całkowicie subiektywny, oparty o system gwiazdek, będący odzwierciedleniem tego jakie wrażenie zrobił na nas kraj, czy miejsce.

W ocenie autora miejsce uzyskało dziesięć na dziesięć możliwych gwiazdek - 10/10

Gwiazdki, maksymalnie 10, są subiektywną oceną autora, czy warto jechać
i nie muszą być zgodne z punktacją kategorii przedstawioną w tabeli poniżej.