Czy pamiętacie czasy, kiedy wyjazd zagraniczny był przeżyciem, a podróż samolotem budziła takie emocje, że aż trzeba było się napić? W tych pięknych czasach, na początku lat 90., odbyłem podróż do Tajlandii. 

W Moskwie mieliśmy nieplanowany nocleg w zapluskwionym hotelu Szeremietewo. Na kolacji przy długim stole zebrała się wycieczka. Niecałe dwadzieścia osób w wieku od ośmiu do siedemdziesięciu pięciu lat. Wyróżniała się grupa trzech młodzieńców pod dwudziestkę, lekko pijanych i krzykliwych. Pili kolejne chivasy i palili, odpalając benzynowe zapalniczki uderzeniem o kowbojskie buty. Padło pytanie, czy wobec postoju w Moskwie grupa wybierze się do miasta. Rodziny naradzały się cichutko, gdy wstał jeden z młodzieńców, chrząknął i wypalił:

W ocenie autora miejsce uzyskało dziesięć na dziesięć możliwych gwiazdek - 10/10

Gwiazdki, maksymalnie 10, są subiektywną oceną autora, czy warto jechać 
i nie muszą być zgodne z punktacją kategorii przedstawioną w tabeli poniżej.

− Pojedźmy na dyskotekę! Mam adres takiej, gdzie opuszczają na parkiet gołe panny w klatkach!

Rano wylecieliśmy Aeroflotem do Bangkoku. Samolot, słynący z awaryjności Ił-62, miał na pokładzie komplet pasażerów, wśród których była duża grupa rosyjskich łobuzów, łysych, pijanych i wytatuowanych.

Podczas lotu miały miejsce piękne i malownicze sceny. Jeden upojony szczęściem młodzieniec robił zdjęcia swojej dziewczynie. Prężyła się na fotelu, odsłaniając wdzięki. Potem dał jej do rączki tzw. kanapkę, czyli plik studolarówek. Wreszcie obsypał ją tymi pieniędzmi, cały czas błyskając fleszem. Wreszcie zebrał pieniądze i przeliczył. Brakowało jednego banknotu. Coś zawisło w powietrzu. Dobry nastrój uleciał. Zaczęło się bieganie na czworakach, ataki słowne na sąsiadów i modelkę. Wreszcie, gdy już zaczął wyciągać za kołnierz sąsiada dziewczyny, ktoś znalazł studolarówkę.

W tym momencie źle się poczuł kolega fotografa. Poleciał do toalety – zajęta. Już z pełnymi ustami, odsłonił zasłonkę, a tam równo od podłogi do sufitu − ściana z walizek. Odsunął następną zasłonę i zwymiotował na siedzącą tam, spożywającą akurat posiłek, stewardesę.

W pewnym momencie przyszedł do nas Wiesio, członek wycieczki, i zapytał, czy może z nami pobyć, bo z tyłu już nie wytrzyma. Była to strefa dla palących i palacze z przodu chodzili tam na dymka. Wymieniali się co chwilę. Po pierwszej godzinie Wiesio był uwędzony, a lot miał trwać dwanaście h. Przyjęliśmy kolegę, wypiliśmy butelkę stolicznej i jakoś przeleciało. 

 8.6Overall8Bezpieczeństwo8Drogo czy tanio7Stosunek ceny do wartości9Egzotyka, inność8Fajne, interesujące społeczeństwa | stosunek do turystów | ciekawe plemiona9Zabytki, muzea10Krajobrazy, architektura8Hotele10Jedzenie9Aktywny wypoczynek, plażowanie itp.10Przyroda, parki, zoo, zwierzęta9Klimat7Drogi, komunikacja, transport, swoboda podróżowania7Wizy, łatwość przekraczania granicy10Atrakcje, teatry, shows, ciekawostki, muzyka, kluby 

Na miejscu trzech młodziaków nadal szalało. Mieli mnóstwo pieniędzy, w nocy urządzali sobie orgie, a rano biegli do Kodaka i już na śniadaniu mogli się pochwalić zdjęciami sprzed kilku godzin. Któregoś wieczoru odebrałem telefon od jednego z nich:

− Ratujcie nas, bo jest afera. Policja coś od nas chce, jesteśmy w pokoju 420 − usłyszałem.

Obudziłem pilota i poszliśmy tam. Na korytarzu kłębił się tłum rozczochranych, szalejących z wściekłości dziwek, policjantów i obsługi hotelowej z kluczami do pokoju. Ponieważ znaliśmy angielski, udało nam się doprowadzić do porozumienia i za niewygórowaną kwotę 200 USD dali chłopakom spokój.

Okazało się, że oczywiście poszło o pieniądze i pobili się z dziewczynami. A że byli pijani, siły były wyrównane, więc pełna corrida.

Po kilku dniach, gdy dojechaliśmy na Phuket, chłopcy jednak nas zaskoczyli. Czuli się wdzięczni za uratowanie ich w Bangkoku i zaprosili mnie i moją żonę na kolację. Najpierw w dzielnicy burdeli odbyło się kupowanie zioła, potem palenie, wreszcie kolacja z zupą tom yum.

Usłyszałem wtedy fajną historię, jak kolega, jadąc do domu pod Pruszkowem, mijał miejsce wypadku. Zapatrzył się na karetkę i rozjechał policjanta, który właśnie przebiegał ulicę.

− Nagle „jeb!” – opowiadał. –  Taka wielka żaba na przedniej szybie. I przeleciała do tyłu. Zabrali go do szpitala. Następnego dnia poszedłem z flaszką na komendę i mówię, że chcę jakoś załagodzić. Zawieźli mnie do szpitala i mówią rannemu: „Świadek do ciebie przyszedł”. „O! Dobrze, że jest świadek, bo muszę dorwać s…syna i go wykończyć!”. Musiałem się zwijać, żeby odpuścił. Kosztowało mnie to, ale dałem radę.

Wracaliśmy wynajętym przez chłopców jeepem, kierowca i Ewa nie palili. Reszta, siedząc z tyłu, darła się ze strachu na każdym zakręcie. Krzyczeliśmy: „Wolniej! Wolniej!”, chociaż samochód jechał 20 km/godz.

Spędziliśmy tam noc sylwestrową, a cała restauracja wiwatowała na naszą cześć, bo tylko my umieliśmy tańczyć. Azjaci nie znają tańca towarzyskiego w parach. Była też epicka awantura o skradzionego przez kelnerów szampana. Siedemdziesięcioletni dyrektor, uczestnik wycieczki, odkrył, że kierownik restauracji, który rozpatruje reklamację, jest podszywającym się pod niego kelnerem z sąsiedniej sali. Co tam się działo!

To nie była moja pierwsza wizyta w Tajlandii, a i później byłem tam jeszcze z dziesięć razy, ale takiego pobytu już nie miałem.

Z innych wyjazdów.

Byłem na przykład na sylwestrze, który polegał głównie na jedzeniu i loterii. Trwało to do północy, a dziesięć minut później impreza się zakończyła. Innym razem widziałem znanego obecnie celebrytę, jak płynął krytą żabką, paląc papierosa. Gdy zanurzał twarz, chował rozżarzonego papierosa w ustach. Numer wręcz cyrkowy.

Ale po raz pierwszy byłem w Tajlandii jeszcze w latach 80. Noc w Pattaya. Wchodzę do sex baru. Po prawej na scenie tańczą trzy golaski, po lewej stoją stoliki. Idę w głąb i nagle czuję bolesny cios w czoło. Przewracam się na plecy. Dziewczyny kucają ze śmiechem. Panuje ogólna wesołość. Orientuję się, że wszedłem w wielkie lustro którego złudne odbicie dawało wrażenie, że lokal ciągnie się dalej. Lustro przetrwało. Ja też.

Mieliśmy przewodniczkę Tajkę − studentkę Akademii Sztuk Pięknych. Leżąc na plaży, na kocach, rozmawialiśmy:

Tajka: Wszyscy przyjeżdżają do Tajlandii na seks. A przecież mamy wspaniałe zabytki, buddyjskie świątynie, farmy krokodyli, plantacje orchidei, tajskie jedzenie, wspaniałe pokazy tajskiego boksu, rafy koralowe, nurkowanie, tresowane słonie, słonie pracujące w dżungli…

Tu wtrąca się grubas z sąsiedniego koca: Co ona? A kto by chciał pieprzyć słonicę?

Tajlandia zmienia się dynamicznie. Pamiętam tragarzy śpiących na swoich wózkach na ulicy, tuk tuki tanie jak barszcz i woły ciągnące wozy. Teraz są autostrady na palach i wszechobecne wieżowce.

Piękna była Phi Phi − wręcz rajska wysepka. Dwie skały porośnięte roślinnością, a między nimi pasek piaszczystego lądu. Rybacka wioska z kilkoma malutkimi knajpkami. Kabaret transwestytów i kilka klubów nurkowych. Mieszkaliśmy w domkach krytych liśćmi, a kokosy spadały nocą na dach i ziemię. Pustawe plaże, toplesy, słomiane kapelusze. Zwiedzałem hotel, do którego można było dotrzeć tylko łodzią, a obsługa wnosiła walizki, brnąc po pas w wodzie.

W knajpie prowadzonej przez dwóch śpiewających do mikrofonu Angoli urządzili konkurs przechodzenia pod poziomą poprzeczką. Nagroda – litr lokalnej whisky marki Mekong. Muzyka ryczała, kolejni zawodnicy rozpłaszczali się na ziemi, a tyczka była coraz niżej. Wreszcie zawisła 30 cm nad ziemią. Spalony ziołem tłumek był w ekstazie. Wygrał Fin − mimo że dość duży, przeszedł bez strącenia tyczki. Ogłoszono zwycięzcę oraz fakt, że ktoś w zamieszaniu ukradł butelkę – główną nagrodę.

Teraz Phi Phi jest gęsto zabudowanym miasteczkiem z plażą, gdzie dyskoteki niemal stykają się ze sobą. Chodzi się uliczkami w tłumie turystów, w gwarze i hałasie. Dawną Phi Phi przypominają porośnięte pnączami góry ograniczające z obu stron płaski pasek lądu.

Na szczęście na turystykę otwierają się kolejne wyspy. Warto też jechać w góry, do Chiang May. Nocleg na barkach bez elektryczności i spływ rzeką na dętkach – super. Fajne są okolice mostu na rzece Kwai – ze znanego z filmu.

Popróbujcie tajskiego jedzenia – jest ostre, ale jedyne w swoim rodzaju. Click to Tweet

 

Nawet obskurnie wyglądające lokale serwują ciekawe dania, a przyprawy zabijają bakterie.

Odradzam korzystanie z usług krawieckich. Niska jakość tkanin często objawia się dopiero po powrocie do domu.

Warto wybrać się na rejs żaglowym katamaranem. Poza kapitanem i majtkiem na pokładzie jest też miejscowa kucharka, podająca dania na dziobie – kapitalna sprawa. Absolutnie trzeba też wynająć skuter i objechać okolicę, prując przez ciepłe powietrze i chłonąc widoki. Kiedy policja złapie bez kasku – należy negocjować.

Oczywiście obowiązkowe są masaże – niekoniecznie te erotyczne. Koniecznie też należy zaliczyć tajski boks, podlany alkoholem. Przynajmniej panowie. Zważywszy na klimat i temperaturę wody, polecam wszelkie sporty wodne: narty, spadochrony, banany, skutery wodne, nurkowanie. W Tajlandii są też fantastyczne rafy koralowe.

Niezłą zabawą jest też odwiedzenie dzielnicy burdeli i barów erotycznych. Ale − uwaga! – nie w Bangkoku. Tam komercja kompletnie zabiła ten sport. Występy transwestytów na Phuket i w paru innych miejscach – niezłe. O dziwo, konsekwentna edukacja, kolportaż prezerwatyw i higiena, opanowały sytuację z HIV, która swego czasu była tragiczna. Obecnie nie jest już tak źle.

Tajowie są zawsze weseli i uśmiechnięci. Na Sukhumvit Road znajduje się restauracja, której właścicielem jest pierwsza żona mojego kumpla Romana R. Ponieważ Roman zachował przyjazne relacje z byłą małżonką, lubimy tam biesiadować, kiedy jesteśmy w Bangkoku. Wystrój afrykański – kuchnia włosko-polsko-tajska – management polski. Ogólnie − sukces biznesowy i kulinarny. Zapytajcie o Martę.

Tak więc Tajlandia – jechać!

 

129 punktów(-y) (86%)

Lp Kategoria Ocena
1 Bezpieczeństwo 8
2 Drogo czy tanio 8
3 Stosunek ceny do wartości 7
4 Egzotyka, inność 9
5 Fajne, interesujące społeczeństwa | stosunek do turystów | ciekawe plemiona 8
6 Zabytki, muzea 9
7 Krajobrazy, architektura 10
8 Hotele 8
9 Jedzenie 10
10 Aktywny wypoczynek, plażowanie itp. 9
11 Przyroda, parki, zoo, zwierzęta 10
12 Klimat 9
13 Drogi, komunikacja, transport, swoboda podróżowania 7
14 Wizy, łatwość przekraczania granicy 7
15 Atrakcje, teatry, shows, ciekawostki, muzyka, kluby 10
  Razem punktów: 129

Informacja o systemie punktów

Witamy na jechcniejechac.pl. Strona powstała po to, aby umożliwić Państwu szybkie zapoznanie się z plusami i minusami miejsca w które się wybieracie.

Aby było jaśniej przygotowaliśmy dwa systemy ocen. Jeden obiektywny, oparty na systemie punktów za ważne dla większości podróżujących elementy składające się na ogląd kraju, takie jak bezpieczeństwo, ceny, klimat czy architektura.

Oraz drugi, całkowicie subiektywny, oparty o system gwiazdek, będący odzwierciedleniem tego jakie wrażenie zrobił na nas kraj, czy miejsce.

W ocenie autora miejsce uzyskało dziesięć na dziesięć możliwych gwiazdek - 10/10

Gwiazdki, maksymalnie 10, są subiektywną oceną autora, czy warto jechać
i nie muszą być zgodne z punktacją kategorii przedstawioną w tabeli poniżej.